Warka 15: Roggenbier 12,5°Blg

25/11/2016, kategorie: Moje piwo, tagi: piwo domowe, Roggenbier

Piętnastą warką postanowiłem uczynić piwo, którego uwarzenie chodziło mo po głowie od samego początku mojej przygody z piwowarstwem, czyli Roggenbier. To historyczny styl, który ma niewielu przedstawicieli dostępnych komercyjnie. Jest podobny do piwa pszenicznego, z tą różnicą, że pszenica w zasypie zamieniona została na żyto.

015-roggenbier

Pamiętam, że Roggenbier był dostępny w serii Piotrek z Bagien z Jana Olbrachta. Piłem go i zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Jednak sam pomysł uwarzenia Roggenbiera zrodził się wcześniej, bodaj po obejrzeniu filmików Tomka Schutza (Browar Gdynia) na YouTube. Byłem po nich mentalnie przygotowany na trudne wysładzanie.

I faktycznie, wysładzanie było trudne. Ledwo coś tam kapało i męczyłem się z tym kilka godzin. Na szczęście filtracja nie utknęła na dobre i udało się uzyskać zamierzoną ilość filtratu. Wydajność na poziomie 70% jednak dobitnie pokazała, że z żytem nie ma żartów (przy lekkich piwach zwykle osiągam 80%).

Drożdże tym razem wybrałem płynne (Hefe-Weizena i Weizenbocka robiłem na WB-06 i nie byłem specjalnie zadowolony z rezultatów). W porównaniu drożdży przeprowadzonym przez Gdyńską Inicjatywę Piwowarów wyszło, że Fermentum Mobile ma naprawdę fajny szczep, który nawet w wysokich temperaturach daje przyjemne nuty goździkowe, poszedłem więc w tym kierunku. Fiolkę FM41 „Gwoździe i banany” wlałem do fermentora bez robienia startera. Może trochę głupio, ale pamiętajmy, że taka fiolka zawiera od razu pożywkę, która nawet w fermentorze gwarantuje zdrowe namnażanie się drożdży. 12,5°Blg to może trochę balansowanie na linie, bo co mi po zdrowych drożdżach jeśli namnoży się ich za mało? Na moją decyzję wpłynął jednak czynnik prozaiczny: nie miałem ekstraktu słodowego, kolby ani mieszadła. Zaopatrzyłem się w nie dopiero po tej warce.

Fermentacja ruszała długo, przez całą noc stania w mieszkaniu nie było oznak bulkania. Następnego dnia zaniosłem fermentor do piwnicy i zapakowałem do lodówki, gdzie schłodziłem brzeczkę do 13°C. Bulkania nie słyszałem przez całą fermentację, pomimo ostatecznego podniesienia temperatury do 18°C. Założyłem, że uśpiłem drożdże zanim się rozkręciły i fermentacja po prostu utknęła. Przy butelkowaniu okazało się, że gęstość zeszła do 4,5°Blg (zamiast założonych 2°Blg). Bałem się granatów, ale na szczęście nic takiego nie ma miejsca. Piwo nie jest słodkie i zastanawiam się, czy wskazanie areometru nie było przekłamane przez oleistość piwa. Może realny ekstrakt końcowy jest niższy. Zacierałem na wytrawnie. Jeśli drożdże po dwóch i pół tygodniach jeszcze nie napompowały piwa tak, żeby wybuchało albo chociaż wyłaziło z butelki, to zakładam, że zaiste wynik pomiaru Blg mógł być po prostu przekłamany.

Fermentowałem bez przelewania na cichą, podobnie jak wcześniej pszeniczniaki. Końcowy ekstrakt na tyle mnie przestraszył, że w pewnyn momencie zacząłem żałować niezrobienia cichej, ale powtarzam: nic z butelki nie wyłazi.

Pobierz recepturę

Degustacja

Wygląd. Barwa przygaszonego brązu, błotniste. Piana barwy złamanej bieli, na jeden palec, ale stosunkowo nietrwała i dość szybko opadająca do zera. Zupełnie nieprzejrzyste, bardzo mętne, chciałoby się rzec „błotniste”. Można sobie nalać mit Hefe, a i tak nie będzie widać różnicy.

Aromat. No, drożdże spisały się. Banan jest na drugim planie, ale za to jest dużo goździka, dającego wręcz wrażenie wąchania piernika. Poza słodyczą goździków i bananów czai się też delikatna kwaskowość. Po samym otwarciu butelki było czuć lekką siareczkę, ale po paru minutach już nic nie ma — nie wiem, czy się przyzwyczaiłem, czy po prostu uleciała z czasem i podnoszeniem się temperatury. W każdym razie nie była na takim poziomie, by przeszkadzać.

Smak. Tutaj ponownie jest dużo goździka, a banan jest raczej schowany, choć wyczuwany retronosowo daje radę wnieść całkiem sporo pozornej słodyczy. W tle jest typowa dla żyta ziemistość, zbożowość i bardzo delikatna kwaskowość. Pomimo wysokiej gęstości końcowej, piwo jest dość wytrawne. Gdzieś tam daleko w posmaku, długo po przełknięciu, majaczy sobie też jakaś ziołowość, ale trzeba jej trochę poszukać.

Goryczka. Prawie nieistniejąca, dopiero dająca się odczuć parę sekund po przełknięciu. Ziołowa.

Odczucie w ustach. Wysycenie średnie w stronę wysokiego, z drobnymi bąbelkami. Gęste, oleiste.

Ogólne wrażenie. Całkiem niezłe piwko. Nie jest tak rześkie jak pszeniczniak, ale chyba też nie to jest celem. Drożdże skupiły się bardziej na fenolach niż na estrach, co jest moim zdaniem bardzo przyjemne. Udane. Warto było się pomęczyć przy wysładzaniu. Wygląd mógłby być nieco bardziej apetyczny (błoto i brak piany), ale w sumie przecież to żyto…


Następny wpis:


Poprzedni wpis: