Warka 10: Barley Wine 25,5°Blg

27/02/2017, kategorie: Moje piwo, tagi: piwo domowe, Barley Wine

Dzisiaj przeniesiemy się w czasie wstecz, aż do czerwca 2016 roku. Wtedy bowiem uwarzyłem piwo, które dzisiaj odkapslowałem celem opisania na blogu.

010-barley-wine

No to teraz chyba mogę uchylić rąbka tajemnicy. A w zasadzie to wyjawić całą: warka 9 to był starter drożdżowy dla barley wine. A drożdże, pomimo wolnego startu, rozkręciły się całkiem nieźle i fermentacja nie tylko ruszyła z kopyta, ale wręcz nie dawała się skupić przy pracy, bo przez pierwszych kilka dni bulgotało mi nad uchem praktycznie „ogniem ciągłym”.

Receptura

Na potrzeby tego piwa zbudowałem sobie lodówkę ze styropianu. Ściany z podwójnych płyt twardego styropianu o niskim współczynniku przewodzenia ciepła, złączone niskoprężną pianką poliuretanową. Przykrywka z fajną rączką do łatwego zamykania i otwierania. Niezbyt estetyczna, ale za to genialnie trzymająca temperaturę. Po wielu warkach w niej przefermentowanych mogę się pochwalić, że zejście z 20 do 6°C jest w niej nie tylko możliwe, ale wręcz bardzo łatwe — oczywiście nie podczas burzliwej, ale zawsze. Na tyle dobra, że zrobiłem w niej dwa lagery. Jest co prawda troszkę szersza niż mogłaby być (a mam problem z miejscem), ale mam już w planach zrobienie nowej, a pozbycie się tej.

No ale dość o lodówce. Fermentowałem piwo w okolicach 16°C, żeby drożdże zbytnio się nie rozochociły. Nie chciałem, żeby naprodukowały mi rozpuszczalnika i fuzli, co na szczęście się udało. Nachmieliłem piwo po angielsku (Admiral na goryczkę i Fuggles na aromat/smak), celując w rozsądne moim zdaniem 60 IBU, zasyp zaś dobrałem po linii najmiejszego oporu: prawie sam słód pale ale, z małą domieszką ciemnego karmelowego, po części dla zwiększenia słodyczy, po części dla przyciemnienia piwa. Zabutelkowałem po nieco ponad miesiącu fermentacji — dzisiaj poczekałbym jeszcze minimum dwa tygodnie, a najlepiej cały miesiąc. Ale cóż, na razie kolejnego barley wine w planach nie mam.

Degustacja

Wygląd. Miedziane, mocno zamglone. Piana jasnobeżowa, dość drobna i stosunkowo obfita, trwała, opadająca powoli do cienkiej warstwy, ale nie znika całkowicie.

Aromat. Niezbyt wyraźny, słodkawy. Na pierwszym planie słodowość, zaraz za nią czają się resztki nut chmielowych, lekko ziemiste, ziołowe. W tle czai się nutka kojarząca się ze słodkim likierem, takim z cukierka z rumem, z wyraźną nutą trzciny cukrowej i rodzynek. To ostatnie ewidentnie pochodzi od powoli postępującego utlenienia, co jest o tyle obiecujące, że będzie tego w przyszłości więcej.

Smak. Trzcina cukrowa w aromacie chyba była trafiona, bo smak totalnie kojarzy się z rumem: cukier trzcinowy, rodzynki. Całość jest dość wytrawna, nawet bardzo wytrawna jak na barley wine. Jakąś tam resztkową karmelową słodycz niby czuć, ale na dalekim trzecim planie. Alkohol, mimo ponadpółrocznego leżakowania, nie jest jeszcze do końca ułożony i o ile kojarzy się ze wspomnianym rumem, a nie z bimbrem, o tyle jest dość mocno wyczuwalny. To samo w sobie wadą nie jest, ale mnie nie pasuje. Inna sprawa, że to jednak 12%, więc nie byle co i pewnie pół roku to dla takiego woltażu zdecydowanie za krótko. Całe szczęście, że wraz z ogrzewaniem się piwa, alkohol staje się coraz mniej wyczuwalny, a gdy piwo osiąga temperatutę otoczenia, staje się niemal niewyczuwalny.

Goryczka. Średnia, nienarzucająca się. Pamiętam, że kilka tygodniu po zabutelkowaniu była wyższa, a więc stopniowo spada. Na razie jest jednak na przyjemnym poziomie.

Odczucie w ustach. Średnia pełnia i masakrycznie wysokie nagazowanie; widać, że nie dofermentowało i dojada sobie w butelce. Będę musiał odgazować pozostałe butelki, bo aż drapie w gardło przy przełykaniu.

Ogólne wrażenie. Powiem tak: nie jest to najgorszy barley wine, jaki piłem, ale też nie jest najlepszy. Może nie trzeba było się rzucać na tak wysoki ekstrakt i spokojnie sobie zrobić 22-23°Blg. Też byłoby dobrze, a alkohol mniej by mi przeszkadzał — chociaż może po prostu nie trzeba było tego schładzać przed spożyciem. Dziwi mnie trochę tak mocne odfermentowanie; przypuszczam, że temperatura zacieru musiała mi szybko spaść z założonych 69°C i ostatecznie zatarło się w znacznie niższej. Tym niemniej jak na dziesiątą warkę i pierwsze podejście do takiego mocarza, czuję się raczej zadowolony z efektu. Chociaż ludziom zacznę je rozdawać pod koniec roku, akurat na zimę. Alkohol ułoży się lepiej, a dojdą jeszcze nutki utlenienia. Będzie dobrze.


Następny wpis:


Poprzedni wpis: