Warka 23: English Porter 12°Blg

5/04/2017, kategorie: Moje piwo, tagi: piwo domowe, English Porter

Wysłodziny po mocnym piwie zawsze są przydatne, można bowiem z ich użyciem uwarzyć tak zwane „małe piwo”. Takim właśnie piwem jest mój angielski porter: specjalnie nieplanowanym, mało ekstraktywnym, lekkim.

023-english-porter

Jak wspomniałem w zajawce, porter angielski powstał jako małe piwo, czyli piwo z wysłodzin po porterze bałtyckim. Zasyp co prawda był mocno „kontynentalny” (trzon zasypu stanowił słód monachijski), ale tak się jakoś złożyło, że miałem w lodówce saszetkę drożdży S-04 „na czarną godzinę” i parę napoczętych paczek polskiego chmielu, którego używam czasem do domowego podpiwka.

Wysłodziny były rzadkie: zaledwie 7,7°Blg. Niby na uwarenie jakiejś dziewiątki, może nawet dziesiątki, wystarczyłoby, ale umówmy się: na takiego sikacza szkoda zachodu. Szczęśliwie złożyło się, że w szafie z surowcami trzymam zawsze worek suchego ekstraktu słodowego. Używam go głównie do robienia starterów drożdżowych, ale przydaje się też do podbicia ekstraktu piwa w razie konieczności. Użyłem go przed gotowaniem, celując w ekstrakt początkowy 11,5°Blg. Jak widać, szacowana ilość okazała się bliska pożądanej. Na szczęście pomyłka nastąpiła w stronę większego ekstraktu.

Zebrana po cięższym piwie brzeczka miała jeszcze jeden mankament: była jasna. Wiadomo, to nie 21,5°Blg, zaledwie jedna trzecia tego ekstraktu. W celu przyciemnienia końcowego piwa szybko rozdrobniłem w moździerzu trochę słodu Carafa III Special (tak na oko) i sypnąłem to na wygrzew. Otrzymana barwa idealnie wpisuje się w ramy stylu, więc chyba dobrze wymierzyłem.

Chmielenie, jak już wspomniałem, było polskimi odmianami chmielu, leżącymi sobie w otwartych paczkach w lodówce. Pewnie nie były pierwszej świeżości (pomijając już, że ze zbioru 2015), ale takie akurat miałem pod ręką, a nie chciało mi się kombinować z kupowaniem niczego na szybko. Zwłaszcza, że szkoda mi było kasy na jakiś angielski chmiel, wiedząc, że gotuję, nie bójmy się tego słowa, popłuczyny. A takie podpiwkowe resztki świetnie zdały egzamin.

Receptura (chociaż nie wiem po co ona; nikt przecież nie będzie odtwarzał piwa z popłuczyn).

Degustacja

Wygląd. Po mocnym syknięciu przy otwieraniu butelki już było jasne, że piwo jest przegazowane. Piana zaczęła się unosić w szyjce butelki, a w szkle zajęła 3/4 wysokości. Samo piwo jest brązowe, zamglone.

Aromat. Dość delikatny. Nuty porteru, głównie kakao, przeplatają się z akcentami zbożowo-chlebowymi, a całość podszyta jest bardzo delikatnym ziołowym tłem z odrobiną odchmielowej metaliczności. Nie jest źle, chociaż mogło być znacznie lepiej.

Smak. Wytrawny. Dość ciekawa, orzechowo-czekoladowa słodowość daje wrażenie jedzenia orzeszków laskowych w czekoladzie. Chmiel wnosi bardzo lekką chmielową goryczkę, leciutko zalegającą na podniebieniu. W finiszu powraca czekolada.

Odczucie w ustach. Wysokie, drapiące wysycenie; to piwo zdecydowanie wymaga odgazowania przed spożyciem. Pełnia średnia.

Ogólne wrażenie. Tragedii nie ma, piłem gorsze portery. Ale piłem też lepsze. To zdecydowanie niewymagające, ale za to w miarę orzeźwiające piwo, które można sobie sączyć po pracowitym dniu bez poczucia, że coś ciekawego nas w nim omija. Wad w nim nie wyczuwam, nie licząc przegazowania (chociaż po nalaniu „po czesku”, na kilka razy, tak, by się porządnie wypieniło, nagazowanie okazało się idealne), ale nie jest to piwo, które chciałbym spożywać regularnie.


Następny wpis:


Poprzedni wpis: